Zmiana nazwy pentagonu – kosztowna fanaberia? 125 milionów dolarów w błoto!

Wyobraźcie sobie, że decyzja o zmianie nazwy ministerstwa, podjęta z pozoru z pobłażaniem, pochłoniecie fundusze, które mogłyby rozwiązać realne problemy. Tak jest w przypadku planowanej zmiany nazwy Departamentu Obrony na Departament Wojny – operacja, która, jak szacuje Congressional Budget Office, pochłonie aż 125 milionów dolarów amerykańskich. Czy to rozsądne?

Kwestia priorytetów: gdzie popłynęły pieniądze?

Kwestia priorytetów: gdzie popłynęły pieniądze?

Sprawa wyszła na jaw podczas przesłuchania Russella Voughta, dyrektora Biura Budżetu, przed Komisją ds. Alokacji w Izbie Reprezentantów. Deputowany Glenn Ivey z Maryland z zaciętością zapytał Voughta o szacowany koszt, kwestionując sens wydatku, który, jak podkreślił, mógłby zostać przeznaczony na pilniejsze potrzeby.

Vought, próbując bronić kontrowersyjnej decyzji, argumentował, że zmiana nazwy jest logiczna – Departament Wojny to historyczna nazwa, pod którą funkcjonował resort przez większość istnienia Stanów Zjednoczonych. Ignoruje to jednak fakt, że w tamtych czasach nie istniały Siły Powietrzne, CIA, ani Biuro Zarządzania i Budżetu, więc porównanie jest co najmniej mylące.

Najbardziej uderzające jest to, że podczas gdy Kongres dyskutuje o fundowaniu ważnych programów, 125 milionów dolarów może zniknąć na zmianę nazwy, która, jak się okazuje, dotyczy głównie wymiany tabliczek. To groteskowy przykład rozdawnictwa pieniędzy publicznych na realizację politycznych ambicji.

Jak trafnie zauważył Ivey, jest to przykład działania „ludzi z podziemia”, którzy, kierując się własnymi, często niezrozumiałymi dla ogółu motywacjami, podejmują decyzje o ogromnych implikacjach finansowych. To przypomina sytuację, w której budżet państwa traktowany jest jako skarbonka na realizację osobistych fantazji.