Toy story 5: nostalgia, technologie i łzy 30-latki w kinie
W Burbanku, na otwarciu Toy Story 5, siedziałam samotnie, z lekkim kacem i otoczona gromadą rozentuzjazmowanych dzieci. Scena jak z filmu, prawda? Ale to, co zobaczyłam na ekranie, wywołało we mnie znacznie więcej emocji niż się spodziewałam. To nie była tylko kolejna odsłona dziecięcych wspomnień – to była lustro, w którym odbijała się moja dorosłość, moje wątpliwości i moje dziwne, specyficzne relacje z technologią.
Kiedy zabawki spotykają algorytmy
Już od pierwszych minut filmu, Pixar uderza prosto w sedno. Nostalgia, oczywiście, jest obecna – Buzz Lightyear, Woody, Jessie… Stare znajome twarze, które wywołują uśmiech na twarzy. Ale tym razem, do świata zabawek wkracza technologia, a konkretnie – wszechobecne iPady. I to nie jest subtelna krytyka. To ostrzeżenie, że nasze dzieci dorastają w świecie, w którym ekran staje się zamiennikiem prawdziwych relacji.
Widziałam to na własnych oczach, opiekując się dwuletnim chłopcem, który bezgranicznie uwielbia swojego Woodiego i Jessie. To dowód na to, że niektóre rzeczy są ponadczasowe, niezależnie od postępu technologicznego. Ale potem wracam do sali kinowej i widzę, jak dzieci wpatrują się w ekrany, ignorując siebie nawzajem. I wtedy zaczynam się zastanawiać, czy ten Film nie jest skierowany przede wszystkim do nas, dorosłych, którzy sami nie potrafimy odciąć się od smartfonów.
Scena, w której Bonnie dostaje zaproszenie na sleepover, była szczególnie przejmująca. Czy osiem lat to rzeczywiście odpowiedni wiek na imprezę z nocowaniem? Pamiętam, jak ja miałam pierwszą imprezę dopiero w środkowych latach szkolnych. Ale to nie o tym. To o tym, że dzieci coraz szybciej dorastają w cyfrowym świecie, gdzie relacje buduje się w grupach czatowych, a prawdziwe przyjaźnie są zastępowane przez wirtualne znajomości.
Najbardziej szokująca była scena z iPadem w roli zielonej żaby. To była tak dosłowna, tak bezpośrednia krytyka nadmiernego uzależnienia od technologii, że aż bolało. I choć wiem, że chciałam kiedyś różowego Sidekika, żeby pasować do reszty, to teraz dostrzegam, że to był błąd.

Emocjonalny rollercoaster i niespodziewane wnioski
Film zaskakuje też wątkiem romantycznym między Buzzem i Jessie. Kto by się spodziewał, że zabawki będą miały swoje dramaty miłosne? Ale to tylko jeden z elementów skomplikowanej układanki emocji, którą Pixar serwuje nam na srebrnym ekranie. I przyznam szczerze, że nie zawiodłam. Płakałam, śmiałam się, zastanawiałam się nad sensem życia. Wszystko to podczas seansu filmu o zabawkach!
Szczególnie wzruszająca była scena, w której Emily, córka Jessie, nazwała swoją córkę na cześć swojej mamy. To był moment, który przypomniał mi, że nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach można znaleźć piękno i sens. I że czasami wystarczy spojrzeć na świat oczami dziecka, żeby odzyskać wiarę w to, że wszystko będzie dobrze.
A zakończenie? Po prostu genialne. Powrót do świata prawdziwych zabawek, odrzucenie cyfrowego chaosu. To było jak łyk świeżego powietrza. I choć wiem, że technologia nie zniknie z naszego życia, to Toy Story 5 przypomniało mi, że warto czasem odłożyć telefon i po prostu pobawić się z dziećmi. Albo z samym sobą.